Wstęp

Decyzję o wspólnej wyprawie na Ukrainę podjęliśmy z Tomkiem całkiem spontanicznie, podczas jednej z przerw w pracy. Miałem ogromną ochotę na kilkudniowy wypad rowerowy, Tomek także, mimo że dopiero wrócił z długiej i wyczerpującej wyprawy wzdłuż brzegu Wisły. Ja miałem za sobą tylko 4 – dniową przejażdżkę po niemieckiej stronie wyspy Uznam, gdzie po płaskich i znakomicie zlokalizowanych ścieżkach rowerowych jeździło mi się wręcz komfortowo. Choć w tym miejscu zaskoczę tych, którzy na Ukrainie nie byli, że tam też są ścieżki rowerowe. Nam udało się w centrum Lwowa przejechać ścieżką rowerową jakieś … 100 metrów nim się skończyła. Ale nie dla ścieżek rowerowych pojechaliśmy na Ukrainę a dla niezliczonych innych walorów, które posiada ten piękny kraj.



Pociągiem do Przemyśla

Nie licząc dojazdu na stację kolejową z domu, pierwsze 1000 kilometrów zrobiliśmy siedząc wygodnie w klimatyzowanym wagonie Intercity nie wiedząc jeszcze, ile potu przyjdzie nam już wkrótce wylać na licznych podjazdach.

Tymczasem Tomek, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, planował już wszystko zgodnie z ustalonym wcześniej harmonogramem, podczas gdy ja oddałem się lekturze Stephena Kinga „Bazar złych snów” i nawet raz pomyślałem, czy stanie się coś niespodziewanego na 135 kilometrze naszej podróży(Ci, którzy czytali będą wiedzieli, co mam na myśli).

Szofer

Krótko przed północą dotarliśmy do Przemyśla i noc przespaliśmy na twardych łóżkach w obskórnym hostelu, będąc jednak na szczęście sami w 8 – osobowej sali.

Skoro świt ruszyliśmy na przejście graniczne w Medyce i po szybkiej przeprawie byliśmy już na Ukrainie. Od razu poczuliśmy się jak ambasadorzy zaprzyjaźnionego kraju, oczekiwani przez ekipę powitalną, kiedy uczynny kierowca niewielkiego busa, znakomicie mówiący po polsku zaproponował podwiezienie do centrum Lwowa.

Szybko jednak nasz szofer sprowadził nas na ziemię i uświadomił, że nie jest po to, aby wozić ambasadorów a jedynie zielonych turystów i zażądał sowitej zapłaty za przewóz.
Po targowaniu nasze portfele uszczupliły się łącznie o 160 pln- ów i dotarliśmy do Lwowa, który zamierzaliśmy zwiedzić a następnego dnia zacząć w końcu rowerową podróż.

Lwów

We Lwowie znowu wróciło nam dobre samopoczucie. Dzięki naszej silnej walucie w stosunku do hrywny nasze portfele po wymianie zapełniły się mnóstwem ukraińskich banknotów i poczułem się jak niemiecki turysta robiący zakupy w kołobrzeskich budkach nad morzem z oryginalnym chińskim rękodziełem. Szybko odnaleźliśmy nasz hostel, który choć z zewnątrz okazał się podupadającą, starą kamienicą to w środku zaskoczył nas czystością, przyjemnym zapachem oraz bardzo miłą obsługą.

Po odświeżeniu, zostawiwszy bagaże mogliśmy wreszcie na rowerach zwiedzić kilka punktów Lwowa.
Niektórzy mówią, że najlepiej zwiedza się historyczne miasta z przewodnikiem i możemy to potwierdzić. My takiego też mieliśmy. Cóż byśmy zrobili bez Google Maps?!
Mimo, że jazda rowerem po Lwowie przypominała przeciskanie się rowerem po kołobrzeskim rynku w dniu handlowym, miasto urzekło nas swoim klimatem, pięknem i architekturą, gdzie zabytkowa zabudowa miesza się w wielu miejscach z postsowieckimi blokami. Wszystko to jednak tworzy pewną całość i świadczy o bogatej, często trudnej, historii tego miasta. Bądź, co bądź Kraków też ma swoją Nową Hutę, Warszawa - Pałac Kultury, Kołobrzeg - Pomnik Zaślubin z Morzem a Gościno niebieskie silosy Mleczarni.

Naszą uwagę w wielu miejscach zwróciły budki telefoniczne, które w Polsce na emeryturę przeszły wiele lat temu i nie wiem, czy dzisiejsza młodzież wiedziałaby, jak z nich skorzystać. O dziwo widzieliśmy nawet osoby, które z tych aparatów korzystały i zastanawialiśmy się, jak to możliwe w dzisiejszej erze telefonii komórkowej. A jednak.

Obowiązkowym punktem naszego zwiedzania był cmentarz Orląt Lwowskich. Tam zapoznaliśmy kilku turystów z Polski i wspólnie mieliśmy szczęście wysłuchać pełnego pasji przemówienia dyżurującego w tym czasie opiekuna mogił, jednocześnie członka stowarzyszenia, które w całości finansuje i utrzymuje polski cmentarz. Na mnie jednak osobiście większe wrażenie zrobiły świeże mogiły poległych ukraińskich żołnierzy, walczących w wciąż trwającej wojnie na wschodzie Ukrainy. Nie dało się przejść obojętnie obok grobów. Twarze mężczyzn widniejących na o wiele większych zdjęciach, niż to u nas przyjęte na nagrobkach, zapewne synów, mężów i ojców przypomniały mi o bezsensie wojny, jej okrucieństwu i niestety o smutnej prawdzie, że krwawa historia ludzkości niczego nas nie nauczyła.

Później przemierzając liczne wioski i miejscowości wielokrotnie widzieliśmy swoiste pomniki i miejsca pamięci, tych którzy zginęli w Kijowie na Majdanie i froncie. W każdym z tych miejsc spoglądały na nas oczy mężczyzn, którzy mogliby żyć gdyby nie ludzka chciwość o władzę i pieniądze. Po tym sentymentalnym punkcie na mapie Lwowa zwiedziliśmy jeszcze parę miejsc, ale najlepsze miało nas dopiero zaskoczyć późnym wieczorem.

Po odstawieniu rowerów do hostelu ruszyliśmy już na własnych nogach na dłuższy spacer. W pewnym momencie ujrzeliśmy oświetloną z góry na dół, jak tandetnie ubraną w bombki i lampki choinkę, wieżę telewizyjną. Podążyliśmy w jej kierunku i w końcu naszym oczom ukazała się cała panorama Lwowa. Widok zapierał dech w piersi. Nie byliśmy sami, szybko uświadomiliśmy sobie, że trafiliśmy na bardzo popularne miejsce spotkań młodych studentów, choć nie tylko.
Wśród nich, całkiem przypadkowo, znaleźli się również dwaj rowerzyści w średnim wieku , my, faceci, którym powoli pojawiające się siwe włosy przypominają, że wkraczają w słuszny wiek i trzeba być gotowym, aby się godnie i z honorem starzeć. Do hostelu wróciliśmy około drugiej w nocy, by rano zacząć w końcu rowerową turystykę na poważnie.

Iwano-Frankiwsk

Pełni wigoru i chęci przemierzania kolejnych kilometrów ruszyliśmy w kierunku Iwano-Frankiwska.
Po drodze podziwialiśmy piękno krajobrazów i urocze cerkwie, których na Ukrainie jest tyle, ile u nas sklepów z sieci Żabka. Liczne świątynie i przydrożne kapliczki pokazały nam, jak ważną rolę w życiu Ukraińców odgrywa religia. Potwierdza to tylko regułę, że duchowość społeczeństwa jest wprost proporcjonalna do zamożności.

Wreszcie jadąc na rowerze godzinami mogliśmy się sami przekonać, co oznacza na Ukrainie słowo „droga”. Ma ono na Ukrainie o wiele szersze znaczenie. To co w Polsce uznalibyśmy za dróżkę, aleję, ciąg lub deptak tam dalej nosi miano drogi w pełnym znaczeniu tego słowa. I chyba najlepszą charakterystyką większości dróg po jakich jechaliśmy są słowa Tomka, który przecież jest uosobieniem spokoju i opanowania, gdy w pewnym momencie powiedział zwracając się do mnie: „Paweł, ku…a! Tędy nie da się jechać nawet na rowerze!”
Tak, rzeczywiście, stan wielu dróg był gorszy od posadzki pod pasteryzatorem śmietanki serwatkowej.

W końcu zastał nas wieczór i musieliśmy pomyśleć o miejscu na nocleg. Gdyby nie sokoli wzrok Tomka i jego turystyczne doświadczenie zapewne przespali byśmy się gdzieś na łące lub w jakiś zakrzaczeniach. A tak pierwszą naszą niehotelową noc spędziliśmy w drewnianej altance, blisko drogi, ukrytą w lesie. Jak na bushcraftowe warunki był to pięciogwiazdkowy hotel. Nim zasnęliśmy zdążyliśmy jeszcze pośpiesznie zrobić zakupy w pobliskiej miejscowości i mając wszystko, czyli chleb a nawet coś do chleba, a nade wszystko piwo biesiadowiliśmy jeszcze trochę w naszej leśnej chatce.

Rano obudziliśmy się pełni energii, jak gdyby piwo było dobrej jakości paliwem dla naszych silników, czyli nóg. Iwano–Frankiwsk ukazał nam się nim na dobre się rozpędziliśmy na swoich bicyklach. Oczywiście, pierwszym celem było zakupienie w centrum pamiątkowych magnesów i posmakowanie lokalnej kuchni. Czy po wielu kilometrach jazdy na rowerze może być coś lepszego niż ciepły barszczyk ukraiński? Widząc uśmiech na twarzy Tomka wiedziałem, że fast foody są dobre, ale tylko od czasu do czasu. Kolejnym celem naszej podróży była miejscowość u stóp Karpat Kołomyja.

Kołomyja

Droga do Kolomyji okazała się rewelacyjna, wyjątkowa, prawie jak nasza nowo wybudowana S6. Jak wyjaśnił mi później pewien jegomość, droga specjalnie dla turystów. W Kołomyji zakwaterowaliśmy się w hotelu tuż przy muzeum pisanek. Zastanawiałem się, co może być ekscytującego i ciekawego w muzeum pisanek? Nie wiem, nie skorzystaliśmy, ale może czekałoby tam na nas mnóstwo atrakcji? W ogromnych pisankach czekałyby urocze hostessy wyjaśniające historię tego rękodzieła, lub dowiedzielibyśmy się, że wzory na pisankach zawierają ważne proroctwa na przyszłość? Mówiąc poważnie, to piękne, że na Ukrainie lokalna społeczność dba o zachowanie dziedzictwa kulturowego.

W tym mieście zauważyliśmy coś, na co wcześniej nie zwróciliśmy uwagi. Na jednej ulicy potrafiliśmy naliczyć 7 lub nawet 8 aptek. Długo zastanawialiśmy się, co jest tego powodem i nasze rozważania pozostały bez odpowiedzi.
Jak się jednak miało okazać nasze osobiste apteczki wkrótce bardzo się nam przydały…

Rusłan

Przemierzając na naszych jednośladach kolejne kilometry i panoramę Karpat w ostatnim momencie zauważyliśmy w rowie rowerzystę, mocno poobijanego, z rozciętym łukiem brwiowym, licznymi zadrapaniami oraz ranami. Nie zastanawiając się długo otworzyliśmy nasze apteczki i opatrzyliśmy kolegę rowerzystę, który jednak w przeciwieństwie do nas wspomagał się dodatkowymi oktanami.

O dziwo dosyć szybko odzyskał przytomność, przedstawił się z imienia i powiedział, że nigdy nie zapomni bezinteresownej pomocy, jakiej udzielili mu rowerzyści z Polski. W międzyczasie zatrzymywały się auta a właściciel pobliskiej karczmy w ramach wdzięczności za okazaną Rusłanowi pomoc uraczył nas dobrym lokalnym piwem.
Bez wątpienia turystyka rowerowa dostarcza mnóstwa przeżyć!

Stryj

Powoli wracaliśmy w kierunku Polski. Trasa przebiegała kolejno przez Stryj i Sambor. W obydwu miastach mieliśmy okazję porozmawiać z mieszkańcami - zazwyczaj bezrobotnymi chłopakami popijającymi codziennie niewysokich lotów ukraiński alkohol na miejskich skwerach.

W Stryju poznaliśmy Sergieja, który nie pozwolił postawić sobie nawet jednego piwa a sam pytał nas, czego sobie życzymy ze sklepowej półki. Rozmawialiśmy o trudnej wspólnej historii, licznych zaszłościach pomiędzy Polską i Ukrainą. Ale mimo pewnych różnic w ocenie przeszłości pożegnaliśmy się pojednawczo.

W istocie, wielki świat polityki i miejska ławka w parku dzielą lata świetlne!

Lisznia

Przejeżdżając przez tą niewielką miejscowość zastał nas wieczór i zmuszeni byliśmy szybko znaleźć miejsce na nocleg.

Wybór padł na przypadkowe gospodarstwo, w którym poprosiliśmy o kawałek trawy do rozbicia namiotów. Gospodyni chętnie się zgodziła, ale zdecydowanie odmówiła jakichkolwiek pieniędzy z naszej strony. Nie przypuszczaliśmy jeszcze wtedy, jak życzliwie i hojnie zostaniemy przyjęci. Poczułem się jak Kadaffi, ze swoim namiotowym orszakiem, kiedy co chwilę ktoś przynosił nam do namiotu smakołyki, takie jak ruskie pierogi, świeży chleb, ser, wędlinę, kawę świeżo zaparzoną a rano pożywny omlet i kawę sypaną, taką jaką najbardziej lubię.

To była istna wizytówka Ukrainy.

Sambor

Przez kolejne miasto Sambor mieliśmy właściwie tylko przejechać, ewentualnie zatrzymać się na chwilę na starówce. W efekcie po przejechaniu 30 kilometrów i dotarciu do Sambor, którego nazwa kojarzy mi się z koszalińskim browarem, zostaliśmy tam do następnego dnia.

Do późnych godzin bawiliśmy się na miejskim festynie pod sceną, na której występowały zespoły od folkowych po dance i pop. Atmosfera była przednia, ludzie bawiący się kulturalnie i choć alkohol lał się strumieniami nie widzieliśmy żadnych burd i zataczających się od prawa do lewa pijanych imprezowiczów. Tomek kilkakrotnie stwierdził, że w krajach postsowieckich czuje się bezpieczniej niż w Polsce i trudno się z nim nie zgodzić.

Podsumowanie

Ukraina to piękny kraj. Czysty i dbający o kulturowe dziedzictwo. Ukraińcy ponadto bardzo życzliwi i zdaje się że pozytywniej nastawieni do życia, niż my. Bez wątpienia to nie jakość dróg i wysokość krajowego PKB decyduje o zadowoleniu z życia a bliskość z drugim człowiekiem, duchowość i znajdowanie radości z tego, co się ma. Myślę, że dzięki tej kilkudniowej wycieczce również Tomek i ja wzbogaciliśmy się o jakiś pierwiastek dobra.